Dwa kółka i spółka, czyli KNMD na rowerach
i jedziemy babskim tempem
Już kilka dni wcześniej zapleni kolaże szykowali rowery na dzień rajdu, sprawdzali hamulce, oświetlenie i stan techniczny swoich jednośladów. W końcu nastał upragniony 21 maja 2011 r. i cały peleton spotkał się na parkingu przed ISM, skąd wyruszyliśmy przed siebie. Już na samym początku wycieczki rozpoczął się zażarty wyścig pomiędzy opiekunem a prezesem Koła, po długiej walce przejechanej koło w koło prezes wygrał.
Po 5 km zrobiliśmy małą przerwę od „babskiego tempa", któro wyglądało jak prawdziwy Tour de France, chwila oddechu, podładowanie energii i w dalszą podróż. Wszystko było by fajnie, gdyby nie fakt, iż nie wszędzie była droga asfaltowa, niekiedy musieliśmy jechać po kamieniach, błocie i w kałuże wody, które wyglądały jak oceany. Nasze nogi odmawiały posłuszeństwa, a kurz tamował drogi oddechowe - prawdziwa szkoła przetrwania, ale czego się nie robi dla świetnej zabawy?
Jeżeli myślicie, że jechaliśmy w ciszy i milczeniu, to się mylicie. Tematów do rozmów nam nie brakowało, jedna rozmowa przeradzała się w drugą a spragnieni adrenaliny wjeżdżali innym w opony i popisywali się jazdą, o mało co niektórzy nie skończyli wycieczki w głębokich rowach...
Na szczęście aby ostudzić zapał do figli, nadszedł czas na dłuższą przerwę, pierwsze co zrobiliśmy po zejściu z rowerów, to udaliśmy się szybkim krokiem, prawie sprintem do pobliskiego sklepu. Wielkie zdziwienie a zarazem zainteresowanie wzbudził but (damski), który leżał opodal przystanku, nad losem którego troszeczkę podyskutowaliśmy. Pierwsze co przyszło nam do głowy to fakt, że jakiś kopciuszek szuka swojego księcia, niestety nasi książęta byli już zajęci. Miejmy nadzieję, że jakiś inny młodzieniec na białym rumaku, albo na rowerze odnajdzie tą damę i odda jej zgubę.
Zostawmy sferę bajek, bo czeka nas część druga rajdu, o wiele trudniejsza, gdyż zaczęły się góry i doliny, lasy i szczere pola, żadnych domów, zero cywilizacji, tylko ptaki nad nami i szum drzew w oddali - prawie sceny jak z horrorów. Jednak nie ma czego się bać, nasi dzielni mężczyźni by nas (chyba) obronili - dobrze, że nie musieliśmy tego sprawdzać...
Z sekundy na sekundę zostawialiśmy coraz to dłuższa trasę za sobą, aż w końcu dojechaliśmy do mety, którą był park Lubomirskich. Zmęczeni ale szczęśliwi, zakończyliśmy pierwszy rajd rowerowy Koła i mamy nadzieję, że na tym się nie zakończy i już szykujemy się na następne.
Autor tekstu: Justyna Furmańska
Fotorelacja z rajdu w zakładce Galeria.


